
Maciek Klimek: W pierwszej kolejności chciałbym Ci bardzo podziękować za znalezienie chwili czasu na rozmowę i chęci, by rzucić trochę światła na twój okultystyczny projekt Ars Diavoli – Biblioteki Diabologicznej. Twoja misja wprowadzenia na polski rynek wydawniczy unikatowych dzieł okultystycznych spotyka się z dość intensywnym i barwnym odbiorem wśród fanów nadnaturalności, dlatego chciałbym Cię zapytać o początki Twojego projektu. Nie o datę 23 września 2023 roku, która widnieje w Internecie jako oficjalny start, lecz czyny i myśli, które poprzedzały ten proces. Skąd ten pomysł? Kiedy narodziła się w Twojej głowie wspomniana misja? I przede wszystkim czy jest to pierwsze podejście, czy może już kiedyś starałeś się nam przybliżać dzieła ezoteryczne?
Arkadiusz Siejda: Zanim powstało wydawnictwo i zanim narodziła się kolekcja Ars Diavoli, prowadziłem coś w rodzaju śledztwa literackiego – powiedziałbym wręcz: detektywistycznej misji w cyfrowych archiwach. Przekopywałem się przez księgozbiory, starając się wyłowić z nich zapomniane dzieła z zakresu literatury okultystycznej. Wykorzystując swoje doświadczenia ze sztuki introligatorskiej – zacząłem dla własnego użytku drukować takie perełki, ilustrować, a następnie je oprawiać. Nazwę dla swojego fikcyjnego wydawnictwa zaczerpnąłem od utworu Lovecrafta pt.: „Ex Oblivione”, czyli „Z niepamięci”. Na początku była to przede wszystkim próba wzbogacenia własnej biblioteki o dzieła, których próżno było szukać na współczesnym rynku wydawniczym.
Czy oglądałeś film „Dziewiąte wrota” w reżyserii Romana Polańskiego? A może czytałeś powieść „Klub Dumas” autorstwa Arturo Péreza-Reverte? W jednej z kluczowych scen czarny charakter Varo Borja prezentuje głównemu bohaterowi, Lucasowi Corso, swoją imponującą bibliotekę poświęconą tematyce diabolicznej i wiedzy tajemnej. Z dumą ukazuje bezcenne, rzadkie egzemplarze traktatów okultystycznych, określając osobliwy księgozbiór mianem Ars Diavoli, czyli Sztuki Diabła. Właśnie ta wizja prywatnej biblioteki pełnej zakazanej mądrości stanowiła dla mnie jedno z inspirujących źródeł przy tworzeniu rzeczywistej kolekcji wydawniczej pod tym właśnie tytułem.
Maciek Klimek: „Intensywny i barwny odbiór” z pierwszego pytania nie był jedynie celowym podkreśleniem emocji odbiorców Twoich publikacji, lecz sumą wszystkich komentarzy, które zaobserwowałem na Twoich mediach społecznościowych. Pozytywne, umiarkowane podsycane ciekawością czy w końcu skrajnie negatywne z dodanym egzorcyzmującym świętym obrazkiem tworzą barwną mozaikę, która może różnie wpływać na twoją misję. Jak je odbierasz? Dodają Ci sił czy podkopują? A może jesteś jednym z tych, którzy wyznają zasadę, nieważne jak byle mówili?
Arkadiusz Siejda: Przystępując do realizacji projektu poświęconego literaturze okultystycznej, w pełni zdawałem sobie sprawę z potencjalnych kontrowersji, jakie może on wywołać. Od samego początku moją intencją było stworzenie serii wydawniczej, która będzie się wyróżniać nie tylko merytoryczną wartością, ale także śmiałą, niekiedy prowokującą oprawą graficzną. Zdecydowałem się na demoniczną estetykę, a także na ilustracje ukazujące kontrowersyjne sceny, nawet o wyraźnym zabarwieniu erotycznym – odważne, a nawet skandalizujące w kontekście tradycyjnych książkowych wydań. Dotychczas ani w Polsce, ani – w moim przekonaniu – w skali międzynarodowej, nie pojawiła się seria, która w tak bezkompromisowy sposób łączyłaby treści okultystyczne z wyrazistą, mocną i zmysłową warstwą wizualną. Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna stanowi syntezę wiedzy metafizycznej, ikonografii i symboliki, tworząc spójną strukturę, w której tekst i obraz wzajemnie się przenikają. To alchemiczna kompozycja przeciwieństw – intelektualnego światła i mroku wyobrażeń – tworząca przestrzeń dla głębokiej refleksji i duchowego doświadczenia.
Radykalnie krytyczne opinie, próby stygmatyzacji zarówno mojej osoby, jak i projektu Ars Diavoli, a także powtarzające się groźby ze strony niektórych środowisk społecznych, wynikają przede wszystkim z braku wiedzy, wieloletniej kulturowej indoktrynacji oraz uproszczonego, często demonizującego postrzegania zjawiska, jakim jest okultyzm. Nie postrzegam swojej roli jako misji polegającej na przekonywaniu sceptyków czy wyprowadzaniu kogokolwiek z błędnych przekonań. Mam świadomość, że mroczna i śmiało zarysowana oprawa graficzna kolekcji mogła jedynie zaostrzyć krytyczne nastroje. Mimo to – a może właśnie dzięki temu – jestem przekonany, że stworzyłem projekt nowatorski, wyróżniający się odwagą wizji oraz artystyczną i edytorską spójnością. Dowodem tego jest coraz liczniejsze uznanie ze strony ludzi świadomych głębi duchowej tradycji, którym bardzo dziękuję za potężne wsparcie.

Inkwizytor Maciek Klimek
Maciek Klimek: Odbiór w sieci, a w otaczającej rzeczywistości to dwie różne, odmienne sprawy. Mam nadzieje, że nie odbierzesz tego pytania jako zbyt prywatnego, ale zastanawiam się jak na Twój projekt ARS DIAVOLI patrzą najbliżsi i ewentualni koledzy/sąsiedzi/otoczenie. Wiedzą, że zajmujesz się wydawaniem dzieł okultystycznych? Kibicują czy raczej patrzą krzywym okiem, żarliwie trzymając różaniec, gdy stoisz obok?
Arkadiusz Siejda: Już od najmłodszych lat wyróżniałem się dość niekonwencjonalnym spojrzeniem na rzeczywistość – być może nawet „diabolicznym” [uśmiech]. Podjęcie tej niekonwencjonalnej drogi wydawniczej nie wywołało zdziwienia wśród osób z mojego najbliższego kręgu, które od początku odnoszą się do moich działań ze zrozumieniem. Szczególne miejsce zajmuje tutaj moja żona, której nieustanne wsparcie i obecność mają dla mnie fundamentalne znaczenie – zarówno na poziomie osobistym, jak i twórczym. Ma na imię Małgorzata – znasz ją zapewne z pachnącej siarką powieści Michaiła Bułgakowa [uśmiech]. Jest moją sylfidą, gdy ja pozostaję diabłem. Jesteśmy jak Światło i Mrok zaklęci we własnym mikrokosmosie. Opinie z zewnątrz nie mają wpływu na moje wybory. Gdy człowiek świadomie przekracza kolejne granice, nieuchronnie tworzy nowe, często redefiniując relacje i pozostawiając za sobą te, które przestają rezonować z jego rozwojem.
Maciek Klimek: Ars Diavoli jest Twoim głównym projektem, jednak nie ma co ukrywać, że wydając książki Norberta Góry, Andrzeja J. Sarwy czy świętej pamięci Tadeusza Oszubskiego, na stałe zespoliłeś się z lokalnym środowiskiem grozy. Czy planujesz w przyszłości dalsze rozwijanie oficyny w kierunku okultystycznych powieści grozy, czy zbiorów opowiadań takich jak „Antologia diaboliczna”? Jak w ogóle wygląda twój stosunek do tego środowiska? Znasz/śledzisz jakichś autorów? A może masz jakiegoś ulubieńca?
Arkadiusz Siejda: Pozwól, Maćku, że rozpocznę od znanego porzekadła: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. W ramach kolekcji literatury okultystycznej Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna szczególny nacisk kładę na przywracanie należnego miejsca polskim autorom, którzy przez lata pozostawali zapomniani lub niedocenieni. Sięgam po wartościowe, choć często zapomniane dzieła i nadaję im nową, godną oprawę, oferując im drugie życie w świadomości czytelników.
W czasach głębokiego upadku duchowości pielęgnowanie dziedzictwa intelektualnego przodków staje się sprawą priorytetową. Analogicznie podchodzę do współczesnych polskich pisarzy – ich praca zasługuje na uwagę, uznanie i wsparcie – właśnie dziś. Nie ma jutra. To dziś należy ich uhonorować tak, aby wiedzieli, że ich praca ma sens. W naszym kraju istnieje silne, choć często marginalizowane środowisko autorów tworzących ambitną, wartościową literaturę – ginącą niestety pod naporem masowej produkcji i taniej literackiej rozrywki. Pozwólmy im cieszyć się naszą uwagą, a zaowocuje to nowymi, zaskakującymi dziełami.
W swoim wydawnictwie jak wspomniałeś, współpracuję bądź współpracowałem z nietuzinkowymi pisarzami. Andrzej Juliusz Sarwa i Tadeusz Oszubski to klasycy współczesnej literatury grozy, a uściślając – grozy metafizycznej. Alchemiczne dzieło Tadeusza Oszubskiego pt. „Sfora” – było pierwszą powojenną polską powieścią grozy wydaną w 1992 roku. Rok później na rynku wydawniczym pojawił się legendarny „Cień Władcy Sabatu” autorstwa Andrzeja Juliusza Sarwy, którego wydanie miałem zaszczyt wznowić z okazji pięćdziesięciolecia pracy twórczej autora. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że od początku mojej drogi wydawniczej miałem zaszczyt być wspierany przez wybitne osobowości świata literatury – twórców o imponującym dorobku intelektualnym. Ich zaufanie i życzliwość stanowiły nie tylko cenne wsparcie merytoryczne, lecz również potwierdzenie wartości podejmowanych przeze mnie inicjatyw.
Interesującym, młodym autorem, który ostatnimi czasy dołączył do grona pisarzy mojej oficyny, jest Norbert Góra – utalentowany poeta, który zadebiutował w wydawnictwie swoją pierwszą powieścią prozatorską zatytułowaną „Dziwny Dom”. To psychologiczny horror z elementami weird-fiction, odznaczający się dojrzałą narracją, oryginalną wyobraźnią i wyczuciem grozy, które stawiają autora w szeregu najbardziej obiecujących nazwisk młodej polskiej literatury niesamowitej. Nie zapominajmy o Michale Ferku, niezwykle krwawym pisarzu horroru ekstremalnego, którego pierwsze wydanie „Paktu Milczenia” – ukazało się nakładem mojego wydawnictwa. Każdy, kto przeczyta choć jedną książkę Michała Ferka, nigdy nie zapomni jego nazwiska – gwarantuję!
Poza hermetyczną grupą wydawanych autorów trzymam również kciuki za sukces wydawniczy powieści „Konary” autorstwa Jarka Klonowskiego i Patryka Bogusza. Miałem przyjemność czytać maszynopis i przyznam szczerze, że surrealistyczna historia rodem z filmów Davida Lyncha ma wielkie szanse na międzynarodowy sukces. Kolejnymi autorami, którym kibicuję to: Jacek Rybiński, Przemysław Budziński, Zeter Zelke, Aleksandra Knap, Wojciech Kulawski, Henryk Tur, R.A. Olek, R.G. Sawicki i wszyscy z „Antologii diabolicznej”. Są to ludzie z duszą i prawdziwą pasją. Pilnujcie ich!
Moim niekwestionowanym faworytem w polskiej literaturze metafizycznej grozy jest Andrzej Juliusz Sarwa. Z całego serca polecam wydany w kwietniu „Cień Władcy Sabatu” – stanowiący pierwszą część „Tajemnicy rodu Semberków”, oraz jego cykl powieści o rodzie Białeckich: „Wieszczba krwawej głowy”, „Cmentarz świętego Medarda”, „Tuman krwawej mgły” i „Syn Cienistej Strony”. Są to dzieła oparte na wiedzy demonologicznej i źródłach dotyczących tajemnej historii dziejów.

Andrzej Juliusz Sarwa i „Cień Władcy Sabatu”; fot. Marta Elżbieta Sarwa
Podsumowując, priorytetowo traktuję publikację polskich dzieł podejmujących tematykę szeroko rozumianego okultyzmu – zarówno klasycznych, zapomnianych woluminów, jak i współczesnych utworów autorów eksplorujących duchowe, ezoteryczne i hermetyczne aspekty rzeczywistości.
Pragnę również zapewnić, że w przyszłości ukazywać się będą kolejne tomy „Antologii diabolicznej”, której duchowym patronem i symbolicznym ojcem chrzestnym pierwszej części był wybitny pisarz i Mistrz Pióra, Tadeusz Oszubski. Publikacje te stanowić będą hołd złożony jego pamięci, twórczości i nieocenionemu wkładowi w rozwój nie tylko mojego wydawnictwa, ale i polskiej literatury grozy.

Maciek Klimek: W ostatnim czasie premierę miały „Szepty Szatana” autorstwa świętej pamięci Tadeusza Oszubskiego. Autor niestety nie doczekał specjalnego wydania przygotowanego na jubileusz jego pisarstwa, jednak doskonale pamiętam, że w przeszłości kilkukrotnie współpracowaliście przy okazji wcześniejszych książek autora, lub jego opowiadania pt. „Wilkołak z Mauro” zawartego w wyżej wspomnianej „Antologii diabolicznej”. Zdradzisz mi kiedy i w jakich okolicznościach zaczęliście współpracować? W którym momencie narodziła się tak koleżeńska relacja trwająca aż do śmierci Tadeusza?
Arkadiusz Siejda: Mając zaledwie jedenaście lat, z wypiekami na twarzy i dreszczem emocji, zanurzałem się w lekturze zbioru opowiadań o sugestywnym, mrocznym tytule „Drapieżnik”. Książka ta towarzyszyła mi nawet w nocy – przechowywana pod poduszką, stawała się bramą do świata snów, w których ożywały koszmary zaczerpnięte z przeczytanych historii. To właśnie ona zapoczątkowała moją fascynację literaturą grozy i była pierwszym krokiem na drodze ku głębszemu poznaniu tego gatunku. Autorem tego dzieła był właśnie… Tadeusz Oszubski.
Gdy dziś patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, zdaję sobie sprawę, że w życiu nie ma przypadków. Moja głęboka fascynacja literaturą naturalnie skierowała mnie ku twórczości wizualnej – zacząłem tworzyć grafiki inspirowane książkami, które szczególnie mnie poruszyły. Jedną z pierwszych prac przygotowałem z myślą o dreszczowcu „Miłość” Tadeusza Oszubskiego. Ku mojemu zaskoczeniu sam autor dostrzegł grafikę i zwrócił się do mnie z prośbą o możliwość jej wykorzystania podczas wieczoru autorskiego. To był dla mnie moment przełomowy – pełen radości, ekscytacji i poczucia sensu, w tym co robiłem. Tak rozpoczęła się nasza wyjątkowa współpraca, której początkiem były projekty promujące jego utwory, a która z czasem przerodziła się w trwałą przyjacielską więź, owocującą wydawniczymi osiągnięciami.
Po wprowadzeniu na rynek wydawniczy książek Elwiry Watały i Dominiki Szostak, Tadeusz Oszubski zaproponował mi wznowienie jednej z najważniejszych książek w swoim dorobku twórczym. W sierpniu 2023 roku opublikowałem „Miłość”, a w 2024 roku wydałem jego szalenie nowatorską komediową powieść grozy pt.: „Zaświatowe Biuro Śledcze”. W tym samym roku, we współpracy z Tadeuszem Oszubskim, zrealizowaliśmy projekt wydawniczy zatytułowany „Antologia diaboliczna” – infernalny zbiór opowiadań, do którego dołączył ceniony pisarz i demonolog Andrzej Juliusz Sarwa, a także kilkunastu innych utalentowanych autorów, w tym promotor literatury grozy, znany pod imieniem: Maciek Klimek [uśmiech]. Równolegle prowadziliśmy prace nad zupełnie nowym przedsięwzięciem wydawniczym – serią zatytułowaną „Piekielne zeszyty”. Projekt ten zakładał publikację kameralnych objętościowo tomów, w których zestawiane miały być różnorodne formy literackie – od opowiadania, przez esej, aż po formy poetyckie – oscylujące wokół diabolicznej tematyki. Seria miała mieć na celu ukazanie bogactwa ekspresji w nurcie literatury mroku oraz promowanie twórczości zarówno uznanych, jak i debiutujących autorów.
W ostatnim okresie Tadeusz Oszubski intensywnie pracował nad zupełnie nową serią publikacji dopasowaną tematycznie do okultystycznego ducha wydawnictwa. Były to zbiory opowiadań, utworów poetyckich oraz esejów o charakterze publicystycznym, których wspólnym mianownikiem była głęboka refleksja nad zagadnieniami metafizyki, duchowej tożsamości człowieka oraz odwiecznego konfliktu między siłami światła a ciemności. Dwa pierwsze tomy planowanej serii noszą tytuły: „Szepty szatana” oraz „Tabu”. Pierwszy z nich, którego Tadeusz Oszubski nie zdążył ujrzeć w wersji drukowanej, ukazał się jako wydanie jubileuszowe, upamiętniające 45-lecie jego pracy twórczej. Drugi tom: „Tabu” – czekał na autorskie dopracowanie redakcyjne i miałem otrzymać go w grudniu 2025 roku. Mogę zdradzić, że pojawiły się w nim utwory głęboko penetrujące zagadnienia okultystyczne, a jedno z opowiadań było inspirowane życiem „Wielkiej Bestii” – słynnym Aleisterem Crowley’em.
Tadeusz Oszubski zmarł niespodziewanie w nocy 27 maja 2025 roku, być może kilka minut po omówieniu ostatnich prac związanych z procesem wydawniczym „Szeptów szatana”. To wstrząsające wydarzenie stało się tematem mojego osobistego eseju pożegnalnego zatytułowanego „Szepty szatana – Requiem Tadeusza Oszubskiego”:
Esej „Szepty szatana – Requiem Tadeusza Oszubskiego”
Maciek Klimek: Wydajesz okultystyczną literaturę, więc dla większości jesteś przeklęty, pachniesz siarką i na pewno masz pod stołem schowane kopyta. Czy mimo wszystko uważasz się za człowieka religijnego? Czyją według Ciebie domeną jest nasza rzeczywistość? Złego, który dał nam wiedzę czy Boga, od którego według wielu pochodzimy?
Arkadiusz Siejda: To prawda – swego czasu poddałem się zabiegowi rekonstrukcyjnemu, który miał na celu zastąpienie kopyt ludzkimi stopami. Ot, kaprys nowoczesności. Kiedyś kopyta były modne – dodawały klasy, manifestowały siłę, budziły respekt, wywoływały koszmary – dziś stały się jedną z medycznych osobliwości. W epoce, w której zło ma być estetyczne – nawet diabelskie cechy muszą przejść przez filtr chirurgii plastycznej. Pozostał tylko zapach siarki, znamię, no i… ogon [uśmiech].
Kiedyś, ktoś zapytał mnie nawet, za jaką cenę sprzedałem duszę i czy było warto [uśmiech]. W świecie, w którym ludzie zdradzają samych siebie za płytkie uznanie, nie kwestionują niczego, co jest im narzucane, rezygnują z myślenia, czy wybierają przewidywalny komfort zamiast walki o marzenia – pytanie o „sprzedaż duszy” jest w tym przypadku bardzo zabawną kwestią.
Odnosząc się do Twoich pytań: religie, przynajmniej w ich instytucjonalnej formie są doskonale zaprogramowanymi systemami kontroli – misternie utkanymi strukturami, które od wieków zarządzają ludzkim lękiem przed śmiercią, grzechem i niezależnym myśleniem. Oczywiście, nie neguję ich kulturowego znaczenia czy duchowego potencjału dla niektórych osób, ale mnie osobiście one nudzą – są przewidywalne, pełne mechanizmów kary i utopijnej nagrody, jak dobrze napisany kod psychomanipulacji. Pod pewnymi względami je doceniam, ponieważ zdecydowana większość ludzi musi być kontrolowana, jak nie przez prawo świeckie to duchowe.
A jeśli pytasz, czyją domeną jest nasza rzeczywistość… cóż, z punktu widzenia gnostyckiego – ten świat nie jest dziełem najwyższego Boga. To domena demiurga – złośliwego architekta, który stworzył świat z materii, będącej jedynie cieniem Prawdy. Gnostycy uważali, że prawdziwa boskość istnieje poza tym światem – w Pleromie, pełni Światła – i że iskra boskości została uwięziona w ciałach ludzi. Ciekawa wizja i zupełne odwrócenie dogmatów wyznawanych np. w chrześcijaństwie.
W tej optyce Zły i Dobry nie są oczywistościami. To, co przez chrześcijaństwo jest nazywane „Złym” – Szatan, Lucyfer, wąż w Edenie – bywa przez gnostyków postrzegane jako Niosący Światło, ten, który przekazał człowiekowi wiedzę i umożliwił przebudzenie. Może to nie upadek z Raju był karą, lecz aktem wyzwolenia? Czy więc to Bóg, który zakazał poznania, jest dobry, a ten, który dał człowiekowi zrozumienie – zły? Te kategorie przestają mieć sens. Najważniejsze, by nie zgubić siebie – swojej jaźni, swojej świadomości.
To właśnie w cieniu najczęściej rozpoznaję siebie. Mrok nie jest dla mnie zaprzeczeniem światła, lecz jego dopełnieniem. Nie postrzegam go jako czegoś, co należy odrzucać, lecz jako integralny element ludzkiego doświadczenia i duchowej równowagi. Prawda istnieje, ale potrzeba wysiłku, by ją odkryć.
Nasza rzeczywistość to tylko jeden z etapów. Nie pytam więc, do kogo ona należy. Pytam: co zrobię z iskrą, którą noszę. Czy poddam się mechanizmom matriksa, czy zacznę świadomie korzystać z jego możliwości.
Każda religia, każda wiara opowie nam swoje własne prawdy. Interesuje mnie tylko jedno: czy w tej wędrówce przez światy – uda nam się nie zatracić samych siebie. Czy zachowamy iskrę, która czyni nas prawdziwymi. Bo to, co nazywamy duszą, nie zawsze ma kształt, który można opisać dogmatem.
Rzeczywistość, w której istniejemy, jest po prostu formą życia w świecie dualnym, gdzie przeciwieństwa tworzą pełnię całości. Cierpienie i ekstaza, ciemność i światłość, rozdzielenie i zjednoczenie – wszystko to są aspekty tej samej gry. Grajmy więc, póki nasze serca ciągle biją w tych pięknych ludzkich ciałach, na tej pełnej życia, bogatej planecie.

Maciek Klimek: Julian Tuwim, I. K. R., Wójcicki, Wotowski i Cazotte. Pomimo młodego stażu wydawnictwa, projekt pędzi jak szalony do przodu, nie zwalniając tempa. Zdradzisz nam swoje kolejne plany wydawnicze? Co i kogo jeszcze możemy spodziewać się w serii? Więcej klasycznych mistrzów słowa, czy raczej mniej znanych współczesnych?
Arkadiusz Siejda: Maćku, miło, że wspominasz nazwiska pisarzy z kolekcji Ars Diavoli – Biblioteki Diabologicznej. Mamy troszkę czasu, więc najpierw chciałbym zaakcentować pewne ciekawostki z ich biografii. Zacznijmy od Jacquesa Cazotte’a, którego nowela „Diabeł zakochany. Romans okultystyczny” otwiera wrota serii, a sam autor jest jej duchowym patronem.
Jacques Cazotte żył w XVIII-wiecznej Francji i wywodził się z rodziny zamożnych mieszczan o ugruntowanej pozycji społecznej, pozostającej w bliskich relacjach z arystokracją. Jego dziadek ze strony ojca pełnił zaszczytną funkcję sekretarza królowej Francji Marii Leszczyńskiej, żony Ludwika XV, co stawiało rodzinę Cazotte’a w kręgu elit intelektualnych i dworskich swojej epoki.
Od wczesnych lat Cazotte zdradzał oznaki niezwykłej wrażliwości duchowej i rozwiniętej intuicji. Miał zdolność wejścia w stany transu i wizji przenikających przyszłość – przewidział m.in. rewolucję francuską i własną śmierć, uczestnicząc na słynnej „kolacji terroru” w 1788 roku, gdy obecni na niej arystokraci rzeczywiście zginęli w kolejnych latach, tak jak przepowiedział Cazotte. Podobnie jak wielu wielkich proroków i wizjonerów, odznaczał się zdolnością głębokiego wglądu w subtelne, astralne pola informacji. Swój dar wykorzystywał nie dla poklasku, lecz z poczucia duchowego obowiązku – by ostrzegać ludzi przed nadchodzącą katastrofą, jaką miało się okazać krwawe, bratobójcze ludobójstwo doby rewolucji. Jego przenikliwe wizje – początkowo przyjmowane z pobłażliwością, a nierzadko wręcz wyszydzane przez przedstawicieli oświeconej elity – nabrały złowieszczego znaczenia, gdy gilotyna stała się nowym symbolem równości i wolności. Dopiero w obliczu nieuchronnej tragedii, wielu spośród jego dawnych oponentów zaczęło dostrzegać, że słowa Cazotte’a nie były metaforą, lecz ostrzeżeniem. Niestety – dla większości – nadeszło ono zbyt późno.
Gdy francuska ziemia wchłonęła krew Jacques’a Cazotte’a, a jego ciało spoczęło w bezimiennej, zbiorowej mogile – jak wielu innych ofiar nowego porządku – wokół jego postaci zaczęły narastać liczne legendy. W centrum tych opowieści niezmiennie pozostaje jego najbardziej kontrowersyjne dzieło – „Le Diable amoureux” („Diabeł zakochany”). Już za życia pisarza krążyły pogłoski, że publikacja tej noweli była poważnym wykroczeniem przeciwko pewnym nienazwanym regułom. Według jednej z relacji Cazotte został ostrzeżony przez tajemniczego nieznajomego, że popełnił ogromny błąd, ujawniając w literackiej formie treści, które – jak głosi hermetyczna tradycja – nigdy nie powinny trafić w ręce profanów. W ten sposób „Diabeł zakochany” przeszedł do historii nie tylko jako pionierskie dzieło grozy i fantastyki, lecz także jako klucz do ezoterycznych tajemnic, który nigdy nie miał zostać podany do powszechnej wiadomości.
Z tego też względu w późniejszych czasach nowela zyskała wielkie zainteresowanie w kręgach okultystycznych. Pierwszy polski przekład pojawił się na rynku wydawniczym już w 1806 roku i był wzorowany wydaniem z 1772 roku. Cazotte jeszcze raz zmienił zakończenie powieści i w 1776 opublikował ostateczną wersję, która w naszym kraju została przetłumaczona przez Julina Tuwima i wydana w 1925 roku przez warszawskie wydawnictwo Bibliotekę Dzieł Wyborowych.
Pozwól, że skieruję teraz uwagę ku postaci tłumacza „Diabła zakochanego” – Juliana Tuwima. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że wielką pasją znanego poety były tematy diaboliczne. W swoim mieszkaniu w Warszawie posiadał pokaźny zbiór dzieł z zakresu okultyzmu i demonologii, w tym arcyrzadkie woluminy. Zajmował się również alchemią. Jego zainteresowania wiedzą tajemną owocowały czterema dziełami: „Czary i czarty polskie”, „Wypisy czarnoksięskie”, „Czarna msza”, „Tajemnice amuletów i talizmanów”, wydawane jako seria pt.: „Z cyklu satanicznego”. Podczas pierwszego spotkania ze Stanisławem Przybyszewskim otrzymał propozycję współtworzenia z nim tzw. Biblioteki Diabologicznej, czyli serii książek z zakresu czarów, okultyzmu i demonologii. Niestety lwowskie wydawnictwo, które miało zająć się urzeczywistnieniem tego pomysłu – odmówiło. Dopiero w XXI wieku nazwa projektu Przybyszewskiego i Tuwima pojawiła się ponownie na rynku wydawniczym jako drugi człon tytułu kolekcji Ars Diavoli.
Zainteresowanie tematyką demoniczną, jakie przejawiał Julian Tuwim w swoich tekstach, skutkowało przypisaniem mu przez prasę brukową etykiety satanisty, propagatora przesądów i literackiego skandalisty – co stanowiło raczej przejaw sensacyjnego uproszczenia niż rzetelnej analizy jego okultystycznej twórczości.
Kolejnym autorem, który zasługuje na uwagę, jest redaktor międzywojennego tygodnika okultystycznego „Świat Niewidzialny” i autor „Diabła. Szkicu monografii okultystycznej” – Bolesław Wójcicki. Podobnie jak Jacques Cazotte, Wójcicki należał do Zakonu Martynistów. Był uczniem słynnego polskiego okultysty – Czesława Czyńskiego i czynnym organizatorem satanistycznych czarnych mszy, których stałym elementem były seksualne orgie. Lokale przeznaczone na rytualne spektakle urządzał z wielkim zaangażowaniem: mrok rozświetlały świece, a na ścianach wisiały trójkąty z wierzchołkami ku górze. W centralnym miejscu zawsze znajdował się duży obraz Baphometa według Eliphasa Leviego. Z mis rozchodziły się zapachy narkotycznych kadzideł. Uczestnicy mszy przywdziewali czarne płaszcze i maski. Wójcicki wchodził w otoczeniu trzech nagich kobiet, ubrany również na czarno z wyhaftowanym na płaszczu czerwonym kozłem. Na głowie miał czerwoną czapkę. Skierowany w kierunku Baphometa w szaleńczej ekstazie wymawiał zaklęcia przywołujące Szatana, a obecni byli świadkami chwilowej materializacji demona. Po zniknięciu diabolicznego Cienia Wójcicki błogosławił obecnych w imię Złego i wtedy rozpoczynał się seksualny szał zaprawiany często narkotykami.
Do tej pory z wydanych w Ars Diavoli – Bibliotece Diabologicznej autorów, Bolesław Wójcicki jest jedynym, który był satanistą. Wiadomości na jego temat wskazują, że angażował się również w awangardowe formy seksualności rytualnej, co czyni go postacią wybitnie ekstremalną w historii polskiego okultyzmu.
Stanisław Antoni Wotowski – autor m.in. „Magii i Czarów”, oraz „Wiedzy Tajemnej” był kronikarzem magii, okultystą i znawcą masonerii. W swoich licznych powieściach wplatał w fabułę wiedzę okultystyczną. Był także policjantem i detektywem – jego prace często łączyły kryminalną narrację z nadnaturalnym tłem, co czyni jego styl unikatowym w literaturze międzywojennej.
Zakończmy na tym.
Z racji naszej piekielnej współpracy, pozwolę sobie uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej siódmego tomu kolekcji Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna. Dotychczasowy trzon serii obejmował dzieła zakorzenione w zachodnich tradycjach okultystycznych. Nadszedł jednak moment, by poszerzyć ten horyzont o perspektywę Wschodu i wprowadzić czytelników w mniej znane, a równie fascynujące rejony duchowego poszukiwania.
Nowa publikacja przeniesie nas na Dach Świata – do hermetycznego, osnutego mgłą legend Tybetu. To właśnie tam, wśród klasztorów, górskich przełęczy i mistycznych rytuałów, kształtowała się wiedza tajemna, ściśle powiązana z aryjską mistyką.
Już w sierpniu 2025 roku w serii Ars Diavoli ukaże się niepublikowane od ponad stu lat dzieło: „Tajemne wiadomości z Koła Tybetańskich Mistrzów”, autorstwa Franza Hartmanna – wybitnego niemieckiego teozofa, lekarza i uczonego, który jako jeden z pierwszych Europejczyków próbował zgłębić prawdziwe nauki Wschodu, łącząc je z ezoterycznym dziedzictwem Zachodu.
Tom ten otwiera drzwi do świata Tybetańskiej Księgi Umarłych, buddyjskiego okultyzmu, metafizyki Heleny Bławatskiej i idei Teozoficznego Braterstwa. Czytelnik będzie miał okazję zapoznać się z tajemną doktryną okultystycznych prawd o strukturze wszechświata, inkarnacji, oraz demonicznych siłach zamieszkujących sfery piekielne.
Ten tom to most pomiędzy Wschodem i Zachodem. Duchowe dziedzictwo Tybetu spotka się z europejską tradycją ezoteryczną – w formie książki, która z pewnością stanie się jednym z filarów kolekcji Ars Diavoli.
Kolejne dzieła z Ars Diavoli zaskoczą czytelników. Ale na razie wszystko musi pozostać owiane nieprzeniknioną mgłą tajemnicy.
Maciek Klimek: Zostańmy jeszcze na moment w kwestii przywracania blasku zapomnianym dziełom i odświeżania dzieł okultystycznych. W kwestii polskich autorów nie można wysunąć żadnych zastrzeżeń, ponieważ jako naród mamy mocne korzenie okultystyczne, jednak ciekawi mnie czy myślałeś o wydaniu również zagranicznych dzieł w przyszłości. „Picatrix”, „Lemegton”, „Grimorium Verum”… Mogę wyliczać godzinami. Myślę, że każda z nich idealnie pasowałaby do Twojej stale rozrastającej się serii.
Arkadiusz Siejda: W tej chwili rzeczywiście koncentruję się na polskich autorach oraz na dziełach już przetłumaczonych, które z różnych względów nigdy nie doczekały się godnej oprawy ani należytej redakcji. Na moim biurku leży kilka fascynujących tekstów – które wymagają uważnego podejścia edytorskiego i ikonograficznego, zanim ujrzą światło dzienne.
Ale masz rację – lista wielkich nazw, które przyciągają swoim diabolicznym blaskiem, jest naprawdę długa. Ich obecność w czarnej serii Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna jest czymś więcej niż planem – to konieczność, jeśli traktować kolekcję jako gruntownie zakodowaną mapę wiedzy tajemnej.
Maciek Klimek: Być może się uśmiechniesz na to pytanie. Czy praktykowałeś kiedyś rytuały, zawarte w wydawanych przez Ciebie książkach? Jak to mawia pewne powiedzenie: „pod latarnią najciemniej”, więc zastanawiam się, czy chociaż kusiło cię, by kiedyś sprawdzić, to o czym pisali dawni autorzy?
Arkadiusz Siejda: Przyznam, że spodziewałem się takiego pytania – to naturalna konsekwencja poruszania się po terenach wiedzy zakazanej [uśmiech]. Dotychczas nie podejmowałem praktycznej realizacji rytuałów zawartych w publikacjach z serii Ars Diavoli.
Wszelkie rytuały, oraz wydawałoby się bezsensowne i surrealistyczne w swoim wyrazie połączenia słów służące do zaklęć, rzucania uroków, inwokacji, ewokacji to w rzeczywistości pomoc w ukierunkowaniu energii i uformowanie silnej, skupionej intencji – kluczowego czynnika w każdej operacji magicznej. W tym miejscu pojawia się fundamentalna kwestia: siła Woli maga. To ona jest osią, wokół której kręci się cały akt manifestacji. Jest zasadniczym elementem każdej operacji magicznej – zarówno tej opartej na tradycji, jak i zupełnie indywidualnej.
Każdy adept posiada pełną swobodę wyboru ścieżki działania: może odwoływać się do starożytnych formuł i rytuałów przekazywanych przez wieki w hermetycznych systemach; może również kreować własne struktury rytualne, dostosowane do osobistych kodów znaczeniowych i symboli. Alternatywnie – może oprzeć cały proces jedynie na nagiej, nieskrywanej sile Woli, pomijając jakiekolwiek symboliczne ornamenty, traktując je jedynie jako pomocnicze narzędzia, a nie warunek skuteczności. Niezależnie od wybranej drogi, to Wola – ukierunkowana, świadoma i nasycona intencją – pozostaje najpotężniejszym źródłem w kreacji.
Dodając do tego wiedzę o mechanizmach Wszechświata i tajemnicach świata astralnego, gdzie myśli i pragnienia przybierają formę, otwieramy drogę do zaskakujących rezultatów. Myśl, Słowo i jego ucieleśnienie – to niezmienny proces kreacji. Klucz leży w nas samych.

Maciek Klimek: Wywiad zakończmy mocnym akcentem, które z pewnością rezonuje w głowach Twoich obserwujących. Czy w związku ze swoją działalnością doświadczyłeś kiedyś nadnaturalnej obecności? Czy faktycznie sprawdza się stare powiedzenie, wedle którego interesowanie się niewłaściwymi tematami, może je przywołać?
Arkadiusz Siejda: Uważam, że niemal każdy człowiek choć raz w życiu zetknął się z czymś, co przekracza granice racjonalnego pojmowania – doświadczył duchowej obecności czy zjawiska o charakterze nadnaturalnym. Wynika to z fundamentalnej zasady dualizmu: świat materialny jest nierozerwalnie powiązany ze światem subtelnym, duchowym. Próby wykluczenia tego aspektu przez przedstawicieli skrajnie redukcjonistycznej nauki – często zależnej od struktur, które same korzystają z wiedzy tajemnej – są nie tylko błędne, ale i celowo wprowadzające w błąd. Chodzi tutaj o kontrolę nieuświadomionych mas i zamykanie ich prawdziwego potencjału.
Podobnie jak inni, i ja doświadczyłem tego typu zjawisk. W moim przypadku pewne doświadczenia objawiały się już w dzieciństwie – jakby stanowiły kontynuację czegoś, co rozpoczęło się znacznie wcześniej.
Dawno temu, gdy wracałem do domu po zajęciach w szkole podstawowej, czasami towarzyszył mi enigmatyczny byt – wysoki, czarny pies o aurze żaru [uśmiech]. Dorosłych wprawiał w lęk, a mnie otaczał opieką. Jego obecność rozpływała się w powietrzu w najmniej przewidywalnych momentach.
Miałem też spotkanie z istotami o demonicznej naturze, które pojawiły się w fizycznie dostrzegalnej, choć zamglonej formie. Nie były to jednak byty wrogie mojej osobie – przeciwnie – łączy mnie z nimi nadzwyczajna więź, której źródło znaleźć można w innych niż ten światach [uśmiech].
Kiedy czas dojrzeje, opowiem o wszystkim w autorskiej książce zatytułowanej „Matrix Baphometa” – będzie to osobisty traktat o naturze demonów, świadomości i iluzji, w której żyjemy. Czytelnicy będą mieli okazję spojrzeć na istoty demoniczne z zupełnie innej perspektywy.
Każdy, kto zdecyduje się uchylić zasłonę i zajrzeć poza granice postrzeganej rzeczywistości, musi być gotów na to, że ujrzy coś, co zostawi w nim trwały ślad. Tego rodzaju eksploracje nie są zabawą ani grą – to inicjacja, która potrafi odmienić wszystko. Istnieje wiele udokumentowanych skrajnie negatywnych przypadków, w których niefrasobliwe lub złośliwe wykorzystanie wiedzy tajemnej kończyło się dramatem – duchowym, psychicznym, a niekiedy również fizycznym.
Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna nie jest zatem zbiorem makabrycznych ciekawostek dla spragnionych sensacji. To projekt skierowany do tych, którzy naprawdę pragną zrozumieć strukturę Wszechświata, pogłębiać świadomość i kształtować własną egzystencję zgodnie z prawem wewnętrznej Woli. Wiedza zawarta w tych tomach jest narzędziem – nie celem samym w sobie.
Jak zostanie użyta? To zależy od intencji adepta. Podobnie jak nóż – może posłużyć do krojenia chleba albo do zadawania ran. Odpowiedzialność nie leży w samym narzędziu, lecz w dłoni, która je dzierży.
Z pełną odpowiedzialnością przestrzegam przed lekkomyślnym otwieraniem drzwi, za którymi mogą kryć się siły trudne do opanowania. Swój wywód o kolekcji Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna pragnę zakończyć sceną rodem z diabolicznej intrygi powieści „Klub Dumas” autorstwa Arturo Pérez-Reverte:
„Schylił głowę, żeby zapalić ostatniego papierosa, i zaśmiał się pod nosem jak złowrogi wilk. Książki lubią takie żarty – powiedział sobie w duchu. A każdy czytelnik ma takiego diabła, na jakiego zasłużył”.
Na zakończenie pragnę Ci podziękować, Maćku, za trafne i niebanalne pytania, które stały się dla mnie wyzwaniem. A Tobie, drogi Czytelniku – skoro dotarłeś aż tutaj – gratuluję nieposkromionej, arcydiabolicznej ciekawości, która jak wszyscy wiemy, jest pierwszym etapem w prostej drodze do czeluści piekieł… bądź rozwoju [uśmiech].
MACIEK KLIMEK

Bloger „W witrynach Horroru“. Projektant grozowej mody w Dom Mody Klimkovitz. Honorowy Ambasador Ars Diavoli – Biblioteka Diabologiczna.
Od kilku lat recenzent szeroko pojętej literatury grozy, od niedawna grafik-amator i początkujący literat., który poprzez słowa chce wyrazić swoją miłość do horroru. Swoją obecność w literackim świecie rozpoczął w 2022 r. Od podziemnego zinu „Ohyda“ (opowiadanie „Jestem operatorem“) oraz internetowych drabbli literackich stworzonych na potrzeby akcji „Scary100challenge“ („Tatuaż, Kofola“), co sprawiło, że od jakiegoś czasu coraz chętniej zaznacza swoje ślady w literaturze.
Kolejne historie jego autorstwa znajdziecie w „Antologii Nocne Mary“ od Lingua Mortis (opowiadanie „Wieża“), „Czerwonym Karle“ z Gdańskiego Klubu Fantastyki (nr. 28, opowiadanie „Korytarze“), Zinie „BizzaroCon 6“ (drabble „Gradu“ i „Casellum Clavus“), Antologii „Bękart“ ze Studia Grozy (opowiadanie „Sen Kukiełki“), a już za moment także w projekcie „Droga przez otchłań“ Wydawnictwa Abyssos (opowiadanie „Tanatofobia“). W 2024 roku jego opowiadanie pt.: „Non Omnis Moriar” zostało opublikowane w „Antologii diabolicznej. Tam, gdzie umiera duch” wydanej nakładem wydawnictwa: Wydawca Arkadiusz Siejda.
